Film - recenzje

Filmy o niepełnosprawności

7530394.6
Cafejka
Napisane przez Cafejka

W miniony piątek do kin wszedł polskim film pt. Chce się żyć, który zrobił prawdziwą furorę na festiwalu w Montrealu. Motyw niepełnosprawności pojawia się ostatnio w kinie stosunkowo często. Powszechnie wiadomo, że niepełnosprawność wciąż pozostaje tematem tabu. Ludzie wciąż mają problem z poruszaniem tego tematu, a na prośbę niepełnosprawnego o pomoc najczęściej reagują odwróceniem twarzy. W otaczającym nas świecie i w mediach panuje kult piękna, gdzie prezentowani są nam ludzie idealni. Zupełnie zapomina się natomiast o niepełnosprawnych, którzy przecież także są ludźmi i którzy mają takie same marzenia, pragnienia i potrzeby co inni. Tym większy szacunek dla twórców filmowych recenzowanych poniżej filmów. Bo oni nie tylko nie boją się rozprawiać o niepełnosprawności w sposób naturalny i momentami wręcz zabawny, ale przede wszystkim prezentują nam niepełnosprawnych jako normalnych, jednych z nas. Wszystkie poniższe filmy musicie zobaczyć, obowiązkowo!

Imagine (reż. Andrzej Jakimowski, 2012)

Film opowiada o ośrodku dla niewidomych, do którego przybywa charyzmatyczny Ian (Edward Hogg). Ian podejmuje się zadania nauczenia swych podopiecznych trudnej sztuki orientacji w przestrzeni poprzez nasłuchiwanie i „kląskanie”. Jego niestandardowe metody nauczania wzbudzają nieufność nie tylko wśród uczniów, ale też u dyrektora placówki. Ian, który sam również jest niewidomy, wierzy, że w umysłach swych podopiecznych zdoła zaszczepić ziarno nadziei i ciekawości do otaczającego ich świata. Zupełnie nieoczekiwanie udaje mu się to w przypadku nieśmiałej i zamkniętej w sobie pensjonariuszki Eyy (Alexandra Maria Lara)…

Imagine to jeden z tych filmów, o których aż chce się pisać. Ta międzynarodowa koprodukcja (w której swój niemały udział ma także Polska!) nie wciągnie Was od pierwszych minut. Nie spodziewajcie się, że będziecie utrzymywani w wielkim napięciu lub że film sprawdzi się jako kino rozrywkowe. Zapewniam Was jednak, że Imagine na zawsze pozostanie w Waszej pamięci. Bo jest absolutnie magiczny! Do opisu filmu pasuje wiele znakomitych przymiotników: metafizyczny, ponadzmysłowy, poetycki. Odbiera się go całym sobą, głównie dlatego, że twórcy operują przestrzenią poza-kadrową. Wielokrotnie podczas seansu można poczuć, jakby samemu było się niewidomym. I mimo, że ma się otwarte oczy, wciąż należy bacznie nasłuchiwać… Jakimowski przedstawia w swym najnowszym filmie świat zupełnie inny od tych, które możemy zobaczyć we wszystkich znanych nam filmach. To nie świat obrazów, lecz świat dźwięków, które dla osób niewidomych zdają się być wszystkim. Film w większości jest cichy i bardzo stonowany, ale są „momenty”, w których każdy widz na chwilę wstrzyma oddech. Imagine niesie piękne przesłanie – otaczający nas świat jest na tyle niezwykły, że naprawdę warto go poznać. Główny bohater nie jest żadnym herosem, lecz zwykłym człowiekiem, który także popełnia błędy i który jest świadomy swych wad i porażek. Mimo to nie zamyka się w sobie, a wychodzi naprzeciw wszystkim przeciwnościom losu. Bardzo polecam Wam ten film. Wielka szkoda, że nie mogą go obejrzeć niewidomi. Zapewniam Was, że po Imagine zaczniecie postrzegać świat zupełnie inaczej…

Rust and bone (reż. Jacques Audiard, 2012)

Głównymi bohaterami filmu są Ali (Matthias Schoenaerts) – ochroniarz klubu nocnego i Stephanie (Marion Cotillard) – treserka orek w lokalnym oceanarium. Obydwoje z dnia na dzień zostają postawieni przez los w niezwykle ciężkich sytuacjach i próbują nauczyć się żyć na nowo. On musi zająć się swym pięcioletnim synkiem, w którego wychowaniu wcześniej nie uczestniczył, ona natomiast stara się dojść po siebie po bardzo ciężkim wypadku. Choć są kompletnie różni, rodzi się między nimi niesamowita relacja. I wcale nie chodzi tu o pełną pasji i namiętności miłość…

O Rust and bone słyszałem już bardzo dużo. Co ciekawe, nie zdarzyło mi się dotychczas natknąć na żadną negatywną recenzję. Cóż, nie będę oryginalny, gdyż sam też nie mogę o tym filmie napisać nic złego. Obraz Audiarda urzekł mnie całkowicie i kompletnie. Czym? Swą prostotą, dosadnością, brakiem przekombinowania i przede wszystkim genialnymi portretami psychologicznymi głównych bohaterów. Ali wydaje się niezdolny do miłości. Zachowuje się prostacko, jest nieczuły, w oburzający sposób traktuje swego syna. Co ciekawe, właśnie dzięki tym cechom okazuje się być dla Stephanie lekarstwem na jej gorzkie łzy. Ona jest bowiem świadomą swego piękna i filigranowości kobietą, która z dnia na dzień musi nauczyć się żyć bez nóg. Jej niepełnosprawność zostaje w filmie ukazana w szczególny sposób. Nogi były jej narzędziem pracy, więc wyjątkowo ciężko jest jej nauczyć się funkcjonować bez nich. Stephanie nie poddaje się jednak i próbuje walczyć z losem. Oczywiście pojawiają się momenty załamania, ale ona co chwilę udowadnia, że jest naprawdę dzielna. Audiard wciąż dręczy widzów widokiem jej kikutów, nie ucieka od tematu, mówi o nim wprost i bardzo dobitnie. Związek Stephanie i Aliego zostaje widzom ukazany w naprawdę szczególny sposób. Tu nie chodzi o miłość, a o zaspokojenie swoich własnych potrzeb, o poczucie bliskości drugiej osoby. Reżyser w bardzo odważny sposób mierzy się też z tematem seksu niepełnosprawnych. Niektóre sceny naprawdę porażają i zmuszają do myślenia. Rust and bone to świetny film o tym, jak bardzo potrzebna jest w naszym życiu obecność drugiego człowieka. Człowieka, który nie będzie współczuł, prowadził za rączkę i oceniał, ale który po prostu będzie. Obowiązkowa pozycja dla fanów dramatów oraz eterycznej Cotillard, która zagrała tutaj swą życiową rolę.

Hasta la vista! (reż. Geoffrey Enthoven, 2011)

Philip (Robrecht Vanden Thoren), Lars (Gilles De Schrijver) i Josef (Tom Audenaert) przyjaźnią się od wielu lat. Wszyscy są niepełnosprawni: Philip jest prawie całkowicie sparaliżowany, Lars porusza się na wózku inwalidzkim, a Josef jest niewidomy. Poza kalectwem łączy ich coś jeszcze – każdy z nich jest prawiczkiem. Pewnego dnia postanawiają to zmienić i w związku z tym planują podróż do specjalnej agencji towarzyskiej w Hiszpanii. Czeka ich podróż pełna przygód. Podróż, w której będą musieli pokonać swoje największe słabości…

Naprawdę nie rozumiem, jak ten film można określać mianem komedii. Owszem, występuje tutaj komizm sytuacyjny, ale Hasta la vista! to przede wszystkim bardzo oryginalny dramat. Nie widziałem dotychczas zbyt wielu belgijskich filmów, ale ten naprawdę przypadł mi do gustu. W tym specyficznym kinie drogi Enthoven rozprawia się z tematem niepełnosprawności w bardzo ciekawy sposób. Wbrew przewidywaniom bohaterowie filmu nie są słabi, często żartują ze swego kalectwa, a nawet je wykorzystują. Ukazując trzy różne rodzaje kalectwa, reżyser zaprezentował widzom, z jakimi problemami zmagają się codziennie osoby niepełnosprawne. Chodzi tu o te najzwyklejsze czynności, jak np. spakowanie walizki czy zamknięcie drzwi. Będąc zdrowym i żyjąc z dnia na dzień człowiekowi nawet przez myśl nie przechodzi, że mógłby mieć problemy z czymś takim. Enthoven porusza też jeszcze jeden bardzo ważny temat – inwalidztwo nie uprawnia do chamstwa. Nie należy wykorzystywać ludzi i wyładowywać na nich swej złości i frustracji tylko dlatego, że samemu jest się słabszym. Dla tej ekscentrycznej trójki przyjaciół wycieczka do Hiszpanii w towarzystwie mrukliwej Claude (świetna rola Isabelle de Hertogh) okaże się podróżą życia. A genialna piosenka Joe Dassina (Et si tu n’existais pas) już zawsze będzie mi się kojarzyła z tym filmem. Przeglądając inne recenzje zauważyłem, że wiele osób narzeka na zakończenie, które podobno przeczy całej koncepcji filmu. Muszę przyznać, że ja nie miałem z tym problemu, a nawet udało mi się przewidzieć, jak skończy się cała historia. Dobre kino, inne od wszystkich, bardzo oryginalne. Szalenie cieszę się, że powstają takie filmy. Oby było ich jak najwięcej!

Recenzję możecie przeczytać także tutaj: http://filmplaneta.blogspot.com/2013/10/o-niepenosprawnosci-imagine-rust-and.html

O autorze

Cafejka

Cafejka