Recenzje książek

Dom pod Pękniętym Niebem – Marcin Mortka

dompod
Napisane przez Cafejka

 Ostatni rok dla miłośników prozy Marcina Mortki był łaskawy. Starsi czytelnicy mogli wybrać się w pełen szaleństwa rejs dzięki książce „Listy lorda Bathursta” (wydawnictwo Fabryka Słów), nastolatkowie polecieć w kosmos w poszukiwaniu rodziców Doriana w „Zagubionych-Inwazji” (tom drugi serii pojawił się już w zapowiedziach wydawnictwa Zielona Sowa), u boku młodego rycerza Valdemara zanurzyć się w świecie magii i miecza w „Ostatnim rycerzu” (wyd. Wilga), najmłodsi zaś mieli szansę, by razem z dzielnym wikingiem Tappim i jego przyjacielem Chichotkiem spotkać wielu mieszkańców Szepczącego Lasu i wysp leżących na Szumiących Morzach. Pod koniec 2013 roku nakładem wydawnictwa Zielona Sowa ukazał się jeszcze jeden ciekawy tytuł, oryginalny i nieco odmienny od proponowanych przez oficynę serii. „Dom pod Pękniętym Niebem” otwiera pełną przygód oraz okraszoną elementami fantastyki i horroru serię dla starszych nastolatków.

Początki jak zawsze niewinne..?

Pewnego razu grupka siedmiorga nastolatków wyruszyła na biwak w towarzystwie indiańskiego przewodnika Casey Parkera gdzieś daleko w góry Nevady. Według planu wszystko miało pójść cudownie.
To miało być „wspaniałe love story” – organizator i pomysłodawca wyjazdu Ethan zamierzał się w końcu dobrać do Heather – wzorowej uczennicy i byłej redaktorki szkolnej gazetki. Chodzili ze sobą już od jakiegoś czasu, całowali się nawet w miejscach publicznych, ale młodemu mało. Przecież tak bywa, szczególnie gdy jest się typem szkolnego „macho”, który powszechnie znany jest z tego, że odznacza na swojej liście dziewczyny, które dzięki niemu już nie cierpią z powodu tej destrukcyjnej i złej choroby zwanej popularnie „cnotą”.
Impreza się jednak od początku nie kleiła, źle dobrane towarzystwo nie mogło się dogadać. Najlepsza przyjaciółka Heather – Sally, wypalała jednego papierosa za drugim. Otyła gothka z karykaturalnie sterczącymi czarnymi włosami Wendy obgadywała znajomych ze szkoły, czarnoskóry Max rozśmieszył czymś brata Wendy, nerda Marcusa. Do tego cicho siedział ten poznany na parkingu kolega Marcusa, który niby przedstawił się wszystkim, ale nikt nie pamiętał jego imienia.

Było kiepsko, rozmowy się nie kleiły, żarty nie śmieszyły, więc wszyscy rozeszli się do swoich namiotów. Nocą Heather obudziły dziwne wstrząsy. Zaniepokojona zbudziła Sally, z którą dzieliła namiot.
W ciemności rozległ się psychopatyczny i powtarzający się śmiech, który zmroził obie dziewczyny. Wówczas jeszcze nie domyślały się, że mógł być odtwarzany z czegoś. Spadł zasięg, nie było jak zadzwonić po pomoc. Chwilę później w ich namiocie pojawili się Ethan i Max, niby by je wesprzeć. I jak to przy wielu biwakach bywa, przynieśli także opowieść o zamordowanym przez żonę traperze.
Na domiar złego wokół obozowiska pojawiły się dziwne, nieznane przewodnikowi stwory. Odkąd Indianin pamiętał, nie widział nic takiego.
Postanowione. Nastolatkowie z samego rana zwinęli obóz i ruszyli ku schronisku Fallville. Tylko że tam witają ich strzały…

Wkrótce nastolatkowie dowiedzą się, że znany im świat już nie istnieje. Skończyło się nabijanie „lajków” na Facebooku, ćwierkanie na Twitterze, czy umieszczanie w sieci zdjęć. Nie ma smsów, nie ma telefonów. Dobrodziejstwa naszych czasów w jednej chwili przestały istnieć. Bohaterowie „Domu pod Pękniętym Niebem” by przeżyć w tej przekręconej rzeczywistości będą musieli nauczyć się przezwyciężać własne słabości na każdym kroku, nauczyć się myśleć o innych, nie tylko o sobie.
Szczególnie gdy odkryją w sobie super moce, które pojawiły się w momencie Końca i odzwierciedlają ich marzenia.

Na krawędzi snu…

„Dom pod Pękniętym Niebem” czekał na mnie przez kilka dni w domu rodzinnym. Przetrzymywana w innym miejscu przez złośliwą sesję nie mogłam w ogóle się do niego zabrać, lecz w końcu znalazłam chwilę. Przysiadłam do niego pod wieczór i nawet nie zauważyłam kiedy zastała mnie noc. „Jeszcze tylko ten jeden rozdział i pójdę spać. Za ciekawie się dzieje”, powtarzałam sobie to kłamstwo jak mantrę. Akcja rozkręcała się powoli, a potem, tuż po Końcu Świata gwałtownie nabrała tempa. Główna bohaterka, z pozoru szara dziewczyna i prymuska, z pewnością nie zyskała mojej sympatii plakatem z gwiazdorem ze „Zmierzchu”. Wiem, tego typu celebryci są modni wśród młodzieży, sama też za czasów „grzesznej młodości” wielbiłam takich ludzi, na których teraz też ciężko mi spojrzeć bez grymasu na twarzy. Pozostali też działali mi na nerwy – chcieli umieszczać na publicznych stronach zdjęcia przedstawiające ich pijących alkohol, liczyły się tylko „ćwierkania”. Pustaki, jakich codziennie można spotkać w sieci. „No wiecie, kto teraz ma mało lajków pod profilowym, ten się w liceum nie liczy”, jak stwierdziła kiedyś jedna dziewczyna na Facebooku.
To zmienia się w sytuacji kryzysowej. Maski rozkapryszonych i nieporadnych nastolatków opadają, ukazują się prawdziwe cele i pragnienia bohaterów, pojawiają się tajemnicze dary. Robi się ciekawie, przepadam i dojeżdżam do ostatniego paragrafu. Skończyło się. Szkoda, że jeszcze nie ma w sprzedaży tomu drugiego, bo z pewnością pognałabym do księgarni. Marcin Mortka na oficjalnym fanpage’u na Facebooku (skoro w naszej rzeczywistości to medium jeszcze istnieje) zadeklarował ku mojej i innych fanów uciesze, że co jakiś czas będzie umieszczał fragmenty nowych przygód Heather. Zaostrzy to apetyt na więcej, pewnie nie tylko u mnie.

Muszę się przyznać, że w trakcie lektury tej książki o mało co nie zeszłam z tego świata na zawał serca. Otaczający mnie świat przestał istnieć, liczyła się historia, cisza i światło lampki.
Było już trochę po północy, „Godzinie Duchów”, bohaterowie przemierzali opuszczone miasto rodzinne, nastrój był tajemniczy. I nagle drzwi otworzyły się z głuchym trzaskiem. Podskoczyłam, podniosło mi się ciśnienie. Chwilę później zachrapała poczciwa psina, Sońka. We śnie przewróciła się na drugi bok i naparła na drewniane skrzydło, zawiasy zawyły po raz kolejny. Czterdzieści i cztery kilo potrafi, skoro już jesteśmy w temacie grozy i tajemnicy.

Od strony technicznej…

Okładka „Domu pod Pękniętym Niebem” autorstwa „black gear” rzuciła mi się w oczy już dawno temu na fanpage’u Marcina Mortki. Zakochałam się w tej tajemniczej ilustracji przedstawiającej dwójkę nastolatków obejmowanych przez dziwne stworzenie z łańcuchem a’la Lobo. Z początku myślałam, że kontrast pomiędzy czerwienią a pomarańczem będzie wyraźniejszy (tak jak na stronie wydawcy i autora), jednak rzeczywista barwa mi nie przeszkadza. Czerwień z dołu niewidocznie niemal jaśnieje. Do tego intrygują imitacje zagięć na papierze.
Pozytywnie zaskoczyły mnie również ilustracje wewnątrz książki. Zaciemnione sylwetki bohaterów nie narzucają nikomu jak kto mógł wyglądać w książce, większość czytelnik musi wymyślić sobie sam. Świetnie wyglądają też przerywniki między podrozdziałami, stado kruków podrywające się do lotu.
Książka podzielona została na dwie części: „Schronisko Fallville” obejmujące pierwsze 12 rozdziałów oraz „Dom pod Pękniętym Niebem” mieszczący rozdziały od 13 do 20.

Podsumowując…

„Dom pod Pękniętym Niebem” zaskoczył mnie pozytywnie. Owszem, można mi zarzucić, że jako miłośniczka twórczości poznańskiego pisarza, tłumacza, nauczyciela i pilota wycieczek (człowieka renesansu, jak można ująć w skrócie) do jego tekstów podchodzę bezkrytycznie. Jednak jeśli coś jest dobre, to nie zamierzam na siłę szukać dziury w całym. Książkę polecam miłośnikom przygód doprawionych szczyptą grozy. Sama nie mogłam doczekać się jej premiery, a teraz odliczam do jeszcze nieznanego mi dnia, kiedy Zielona Sowa ustali premierę tomu drugiego serii. Oby jak najszybciej.

 

 

W innej formie tekst ten ukazał się na blogu Zapiski z przypomnianych krain.

Okładka książki pochodzi z serwisu lubimyczytac.pl

O autorze

Cafejka