Film - recenzje

„Carrie”

7570946.2
Cafejka
Napisane przez Cafejka

Przytłoczona fanatyzmem religijnym matki i niemożnością dostosowania się do licealnych realiów, Carrie White codziennie naraża się na przejawy wrogości ze strony rówieśników. Do czasu, aż odkrywa drzemiącą w sobie moc telekinetyczną.

Fatalistyczne podejście do współczesnego kina grozy czasem się przydaje – szczególnie konfrontując się z szumnie reklamowanym multipleksowym tworem, który okazuje się być kolejnym wysokobudżetowym gniotem, żerującym na znanej historii. Podejrzewałam taki efekt końcowy już z chwilą pojawienia się pierwszych nieśmiałych zapowiedzi odnośnie prac nad trzecią adaptacją debiutanckiej powieści Stephena Kinga, dlatego też udało mi się uniknąć rozczarowania, ale szczerze mówiąc nawet ja nie spodziewałam się, aż tak wyjałowionego obrazu, całkowicie ignorującego wielbicieli horrorów w ogóle, a historii Carrie w szczególności. Czytając o planach uwspółcześnienia rodzimej opowieści Kinga niezaznajomionej z kinem grozy reżyserki, Kimberly Peirce, miałam jedynie nadzieję, że postara się stworzyć coś nowego, zapożyczy jedynie główną oś fabularną, poddając znaczącym modyfikacjom szczegóły – tak, aby nie serwować mi po raz enty tego samego, bo po literackim pierwowzorze, inteligentnej, pełnej podskórnej grozy adaptacji Briana De Palmy i ekranizacji z 2002 roku człowiek naprawdę ma pełne prawo znudzić się tą dramatyczno-teen horrorową prostą historyjką, tym bardziej jeśli (jak u De Palmy) celować ma nie w gusta wymagających widzów bądź fanów filmów grozy tylko skierowana jest do mas tłumnie zalegających kino obietnicą porywających efektów specjalnych. Niestety, Peirce bardzo rzadko wybiega poza koncepcje Kinga i De Palmy, a to co oferuje od siebie przez wzgląd na brak większego rozbudowania jest prawie niezauważalne.

Przenosząc akcje niniejszej historii z lat 70-tych we współczesne Peirce chociaż raz wykazała się daleko idącą odwagą. Takim zabiegiem chciała oczywiście dowieść uniwersalności tej tragicznej opowieści, pokazując, że tak naprawdę nic się nie zmieniło – dla niektórych uczniów szkoła nadal jest traumatycznym przeżyciem. W tym miejscu reżyserce nie udało się uniknąć kilku poważnych wpadek, głównie przez wzgląd na swoje uporczywe wracanie do zamysłów poprzedników. Otóż, przyjmując koncepcję XXI-wiecznych realiów wycięcie pamiętnej sceny pod prysznicem, kiedy to przerażona na widok krwi menstruacyjnej Carrie jest obrzucana tamponami i podpaskami przez swoje rówieśniczki było wręcz wskazane, bowiem wpieranie widzowi, że nastolatka żyjąca w czasach współczesnych nie ma bladego pojęcia o miesiączce jest naprawdę „grubymi nićmi szyte”. Carrie nie żyła w próżni – oprócz egzystencji w towarzystwie tradycjonalnej, wyznającej archaiczne, skrajnie męczeńskie zasady obcowała również wśród rówieśników, więc raczej dziwi fakt, że niczego na ten temat od nich nie podsłuchała, choćby przypadkiem. Twórcy robią również błąd w próbie wybrnięcia z tego impasu, nachalnie obrazując nam zagubienie Carrie w kwestii obsługi komputera – może w brak pogadanek w amerykańskich szkołach na temat dojrzewania jestem w stanie uwierzyć, ale czy możliwa jest również kilkunastoletnia edukacja bez zajęć komputerowych? W Stanach być może tak… Jedynym wyjaśnieniem tak dalekiego zabrnięcia w absurd jest uporczywe pragnienie reżyserki do skopiowania sławetnej sceny pod prysznicem od Kinga i De Palmy, wykorzystując ją, jako zapalnik do późniejszych wydarzeń (a wystarczyło, w roli katalizatora tragedii umiejscowić coś bardziej prawdopodobnego). Na szczęście późniejsze wykorzystywanie współczesnych gadżetów jest miłym urozmaiceniem tej znanej historii, choćby chwilowego podkreślenia niewygodnej pozycji, w jakiej znalazła się Carrie, będąca pośmiewiskiem w Internecie po zamieszczeniu w nim filmiku z jej traumatycznej przygody pod prysznicem.

Oprócz uwspółcześnienia kultowej opowieści Kinga Peirce próbuje pokazać coś nowego również w sferze fabularnej – kilkukrotnie na chwilę odchodzi od tej męczącej powtarzalności narracyjnej (zapoczątkowanej książką i kontynuowaną w dwóch jej wersjach filmowych) w stronę większej indywidualności. Szkoda tylko, że robi to tak nieśmiało – przedstawia nam zalążek swojej własnej koncepcji, po czym w błyskawicznym tempie wycofuje się kalkując pomysły Kinga i De Palmy. Weźmy na przykład początkową scenę narodzin Carrie, albo motyw samookaleczania jej matki – dlaczego Peirce nie rozwinęła tych wątków? Dlaczego nie spojrzała na te dwie kluczowe dla filmu postaci na SWÓJ sposób? Po co po raz kolejny przez ponad godzinę próbować kreślić obrazy demonicznej pani White i jej stłamszonej przez otoczenie, wyalienowanej córki? Celowo użyłam słowa „próbować”, bowiem jak się okazuje uporczywe dążenie reżyserki do kopiowania Kinga i De Palmy obróciło się przeciw niej – zaofiarowało mi coś na kształt „White’ów w krzywym zwierciadle”, autoparodii niemalże. Naprawdę głęboko współczuję Julianne Moore i Chloe Grace Moretz, bo choć ze wszystkich sił starały się tchnąć trochę życia w swoje postacie, do maksimum wykorzystując swoje wrodzone talenty aktorskie, nie były w stanie przeskoczyć miernego scenariusza – ich warsztat był niewspółmierny z miałką charakterystyką postaci Carrie i jej matki. Wiadomym było, że nie przebiją niezapomnianych kreacji Sissy Spacek i Piper Laurie, ale przez wzgląd na zaniedbania w sferze psychologicznej nie miały szansy zbliżyć się do nich nawet na kilometr, co pewnie nastąpiłoby gdyby Peirce wiedziała, jak tak naprawdę mają prezentować się te bohaterki. Konserwatywni wielbiciele Kinga i/lub De Palmy mogą poczuć się mocno zawiedzeni wypaczeniem charakterologii obu pań. Carrie nie jawi nam się tutaj, jako nieszczęśliwe dziewczę o odpychającej, zaniedbanej aparycji (poza archaicznymi strojami), będące obiektem kpin rówieśników. Owszem, okazem szczęścia nie jest, ale nie na skutek niemożności dopasowania się do otoczenia tylko własnego iście masochistycznego wyboru, bo choć wychowała się w cieniu fanatyzmu matki tak naprawdę nie aprobuje jej światopoglądu, sprzeciwia się mu, pragnąc stać się częścią tego drugiego świata, liceum które przez wzgląd na przyznaję ciekawą zabawę barwami nie jawi nam się jak u De Palmy, jako „kłębowisko żmij” tylko prawdziwy, pełen pastelowych kolorów eden, w przeciwieństwie do zaskakująco mrocznej stylizacji wnętrza domostwa White’ów. Co więcej, zdaje się, że bez większego wysiłku Carrie może spełnić swoje marzenia o normalnym życiu. Jest ładna (urodziwsza nawet od swojej nemezis Chris Hargensen), inteligentna (czytuje Johna Miltona) i silna. Jej ewentualną metamorfozę dodatkowo ułatwia lekceważące traktowanie jej osoby przez rówieśników, bo tak na dobrą sprawę poza Hargensen i jej małą świtą nikomu nie wadzi. Mimo tego wszystkiego Carrie brakuje determinacji do zmiany swojego status quo. Trwa, więc w swoim kokonie nieśmiałości do czasu odkrycia telekinetycznych zdolności, którymi początkowo cieszy się jak dziecko – sceny z latającymi książkami i Carrie unoszącą się na łóżku niczym Hermiona robią iście fantastyczno-komediowe wrażenie: nadnaturalne zdolności dziewczyny podczas pierwszej połowy seansu nie pełnią tutaj roli straszaka jak u De Palmy tylko są odzwierciedleniem pragnień Peirce do popisania się rażąco sztucznymi CGI, brakuje jedynie różdżki i szaty żeby przenieść się do Hogwartu… Tymczasem matka Carrie od początku jawi się nam nie tylko jako niebezpieczna wariatka, ze skłonnościami do samoumartwiania, znęcająca się nad córką jak w pierwowzorze literackim i filmowym, ale również jako bezwolna marionetka w rękach Carrie – próbuje wymusić na niej posłuszeństwo, głównie grożąc Ogniem Piekielnym, ale to ta dorastająca, zagubiona dziewczynka cały czas rządzi w tym duecie – najpierw za pomocą zwykłych pyskówek, a z czasem telekinezy, za pośrednictwem której może swobodnie rzucać matką z kąta w kąt. Nie miałabym nic przeciwko demonicznej Carrie i podporządkowanej jej rodzicielce (zawsze byłoby to coś nowego), gdyby Peirce poszła na całość. Stworzyła z gruntu złą, opętaną żądzą zemsty na swoich oprawcach dziewczynę i stłamszoną jej mocą matkę. Ale tutaj reżyserka również niepotrzebnie asekurowała się wersją De Palmy, zbyt usilnie próbując wzbudzić we mnie współczucie do osoby Carrie, która swoim nieadekwatnym do pragnień zachowaniem i migawkowo ukazywanym okrucieństwem jedynie mnie irytowała.

Po ponad godzinnym teen dramacie z kompletnie wyjałowionymi postaciami przychodzi pora na długo wyczekiwany, ten szumnie zapowiadany przez recenzentów pokaz mocnego gore. Hmm, wątpię żeby osoby, które to pikselowe coś nazywają krwawym słyszeli o Cronenbergu i Fulci’m (lub chociaż widzieli multipleksową „Piłę”, czy „Hostel”, że już nie wspomnę o tak chorych obrazach, jak „Gurotesuku”, czy „Ludzka stonoga 2”), bo ja poza denerwującymi CGI w tym całym usilnym popisywaniu się wysokim budżetem dostrzegłam jedynie jedną godną uwagi stricte horrorową migawkę (zakrwawiona ręka matki Carrie wychodząca przez pęknięte drzwi – jak w „Najściu”), za to sławetne wbicie głowy dziewczyny w szybę samochodu porażało zwykłym kiczem. UWAGA SPOILER W końcówce Peirce po raz kolejny wykorzystała zdobycze nowoczesnej technologii, kiedy po wylaniu świńskiej krwi na Carrie cała klasa maturalna mogła cieszyć się jej wyświetloną na ekranie przygodą pod prysznicem – to spore urozmaicenie tej kultowej już sceny, rozsławionej wersją De Palmy. Szkoda tylko, że zaraz potem po całym ekranie zaczyna pryskać pikselowa krew, scen mordów prawie wcale nie widać, a to co jest dostrzegalne nie ma w sobie ani krztyny realizmu. Za to można się pośmiać – szczególnie z latającej Carrie wklejonej w iście bajkowe tło. Zastanawiam się tylko, dlaczego Peirce nie poszła na całość w tym efekciarstwie. Twórcy wersji z 2002 roku, dysponując o wiele niższym budżetem zdecydowali się na znaną z książki demolkę miasta, co wyszło może sztucznie, ale przynajmniej wykazali się sporą odwagą. Za to Peirce mając większe możliwości budżetowe, tak jak przez cały seans i tutaj uciekła do swojego kokonu nieśmiałości – a szkoda, bo po ośmieszeniu Moretz przez zmuszenie jej do fantazyjnego dyrygowania rękami i latania z opętańczym wyrazem twarzy po sali gimnastycznej mogła dobić ją ostatecznie nakazując przelot nad miastem niczym Piotruś Pan i rzucanie na niego śmiercionośnych gromów. No, ale był ubaw i bez tego;) KONIEC SPOILERA.

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o jednym fakcie. Zapoznałam się ze wszystkimi filmowymi wersjami „Carrie” głównie przez wzgląd na postać Chris Hargensen, bo od kiedy pamiętam przepadam za kobiecymi czarnymi charakterami. Niestety, w tym tworze po raz pierwszy modliłam się, żeby jak najszybciej zeszła mi z oczu. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia drewnianej Portii Doubleday, ale przed przyjęciem roli powinien doradzić jej seans wersji z 2002 roku – tam Emilie de Ravin pokazała jak powinna wyglądać ta postać, za to pani Doubleday pomimo o wiele większych możliwości od Moretz i Moore (jej roli aż tak nie sprofanowano) poszła po najniższej linii oporu, jedynie machając rączkami i przytupując nóżką – i pomyśleć, że ktoś taki miał zapatrzoną w siebie świtę…

Nowa „Carrie” przeznaczona jest przede wszystkim dla osób nieznających tej historii, przepadających za CGI, płaskimi postaciami i lekkimi, niewymagającymi myślenia fabułami. Fanów Stephana Kinga odsyłam do readaptacji z 2002 roku, a poszukiwaczy inteligentnych produkcji, pełnych delikatnej grozy i suspensu do arcydzieła Briana De Palmy z 1976 roku – pozostali niech oglądają wersję Kimberly Peirce, ale mnie do ponownego seansu proszę już nie zmuszać;)

Źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/

Źródło tekstu: http://horror-buffy1977.blogspot.com/

O autorze

Cafejka

Cafejka